Cabin in the woods

Nad małą wioską w północnej Islandii zapadała noc. Na niebie było jeszcze widać poblask od słońca, linie po samolocie i małe chmurki wtapiające się w nadchodzącą ciemność. Stara, niebieska furgonetka zatrzymała się przed domkiem w lesie. Spłoszona mysz czmychnęła szybko pod schodki wejściowe domu.

- Nie rozumiem tato, po co to wszystko?- spytała Lissa wysiadając z auta.
- Córeczko, mówiłem ci już po miasteczku grasuje jakiś zboczeniec- odparł ojciec.
- Phf- skomentowała dziewczyna.
- Halo, halo 74 zgłoś się- odezwał się nagle głos w przenośnym telefonie 'roboczym' ojca.
- 74 zgłaszam się.
- Szeryfie, kolejne zabójstwo, przy Dover Street.
- Rozumiem zaraz tam będę, chociaż przyczyny pewnie te same?.- spytał ojciec Lissy.
- Tak, jakby jakieś zwierzę atakowało, a nie człowiek- odparł nieco wystraszony przełożony.
- Hej- odezwał się nagle głos za nimi. Oboje podskoczyli przestraszenie.
- To tylko ja- mruknął Fran.
- Nie powinieneś sam iść lasem- ostrzegła go przyjaciółka.
- Cieszę się, ze jesteś. Zostańcie w domu razem, a ja pojadę. Nigdzie nie wychodźcie,nikomu nie otwierajcie- zwrócił się do nich Black.
- Jasne, ani nam się śni- odpowiedzieli zgodnie.
- Dobra pa- odrzekł szeryf i już po chwili niebieska furgonetka znikała w ciemności lasu.
- Zimno!- skomentował Fran.
- Herbaty?- zaproponowała Lissa, obejmując przyjaciela, na ocieplenie.
Na starej, drewnianej podłodze werandy domu widniała wyszarzała biała kartka, nadpalona, zapisana drobnym druczkiem. Nagle na kartkę zawiał silny podmuch wiatru i momentalnie znalazła się on w rekach dziewczyny.
- Co to?- zdziwiła się i zaczęła czytać- Najciemniej jest zawsze...
- Pod latarnią- dokończył przyjaciel odczytując dalsze słowa. Zamilkli w ciszy przerażenia.
Najciemniej jest zawsze pod latarnią.





Lissa zapaliła światło. W tym momencie rozległ się huk na całe miasteczko. Fran skulił się jakby zaraz jakąś nieczysta mara miała na niego spaść.
- Niech to szlak- mruknął do dziewczyny i dodał poirytowany- Wysadziły korki!
- Masz latarkę?- spytała
- Tak, w plecaku...
- A plecak?
- Na sofie, czekaj chyba dojdę do niej- mruknął. Teraz w jedynym domu w lesie można było dostrzec dwa, jedyne czarne, ledwo widoczne punkty w otchłani mroku. Lissa stało nieruchomo patrząc z nadzieją w przyjaciela. On zaś szedł ku świetle.
- Gdzieś tu powinna być... auuu!- jęknął nagle.
- Co się stało- szukała go po ciemku zdezorientowana dziewczyna.
- Nic, nadziałem się na drewno na opał- odparł.- Mam ją- dodał po chwili. W salonie rozbłysło niewielkie, jarzeniowe światełko latarki. Otuliło ono ciepłem niewielki fragment parteru domu.
- Ale dlaczego korki wysiadły?- spytała podejrzliwie przyjaciółka- Co rok robimy przegląd.
Dopiero teraz kiedy Franz podszedł bliżej do Lissy, mogła ona zobaczyć w jego oczach również podejrzliwość i strach.
- Sugerujesz, że to zrobił on... ono...?- spytał prawie szepcząc.
- Słuchaj jeżeli to jakiś spryciarz, co chce nas okraść to dostanie tym- wzięła do ręki zestaw do 'jarania' swojego przyjaciela i wyciągnęła z niego podłużną rurkę- A jeżeli to jakieś zwierze, co zerwało kabel z prądem to też dostanie tym, poza tym zwierze nie przebije nam chyba drzwi- powiedział i zaśmiał się nerwowo.
Przyjaciele powoli się uspokajali, gdy nagle usłyszeli ponowny huk i odgłosy porywanych przez wiatr kartek.
- Jakaś plaga?- jęknął Franz.
- To ze strychu...- szepnęła przerażona Lissa i schowała się za przyjaciela.
- Jeśli to bandyta, a jak ma broń?- rozważali co zrobić.
- Dobra trzeba to zakończyć- powiedziała stanowczo i wyrwała mu latarkę. Biegła na strych, przeskakując co dwa stopnie drewnianych schodów. Wiatr targał wszystkie okna i z resztą całe miasteczko. Dobiegła, otworzyła gwałtownie stare, skrzypiące drzwi. Wbiegła jeszcze w emocjach do pokoju. Franz dogonił ją i stanął obok niej. Na widok pokoju Lissa upuścił latarkę, która z łoskotem potoczyła się po drewnianych deskach, pod starą szafę z książkami...




- Boże, co to zrobiło?- wyszeptała Lissa.
- Nie wiem, to pewnie tylko wiatr...- próbował ją, a w sumie ich uspokoić Fran.
Biblioteczka była w 'lekkim nieładzie'. Książki zrzucone z półek walały się po podłodze, notatki z biurka także. Przyczyną tego był najprawdopodobniej wiatr wpadający do pokoju przez niewielkie otworzone na oścież okienko. Zaczęli szybko sprzątać nieporządek panujący wszędzie. Nagle dwa piętra niżej rozległ się stłumiony przez wichurę sygnał telefonu. Lissa zaczęła zbiegać znów co dwa stopnie, przyjaciel podążał za nią.
- Halo- powiedział cicho podnosząc ciemną, starą słuchawkę.
- Lissa to ja- powiedział spokojnie ojciec dziewczyny- przyjedzie do was Beck.
- Jej, to super- krzyknęła na wieść o przybyciu znajomego.
- Pojechalibyście po niego na dworzec- spytał.
W tej chwili smętny dzwonek zadźwięczał w uszach przyjaciół.
- Chyba nie będzie takiej potrzeby- powiedziała córka.
Fran podszedł spokojnie do drzwi.
- Hej- powiedział nieznajomy.
Fran bez skrycia odwrócił się do Lissy i spytał- Jesteś pewna, że to jest twój znajomy.
-Beck!- dziewczyna rzuciła się z radością na przywitanie i nagle spojrzał na starego znajomego, zwalniając kroku- Wow- przełknęła ślinkę- jaka ciekawa zmiana- pochwaliła z udawaną aprobatą. Beck stał nadal w drzwiach. Cały na czarno, tak, że ledwo można go było odróżnić z otchłanią zmierzchu. Czarne włosy do uszu, w których były czarne kolczyki, czarne rurki, bluzka, płaszcz i glany.
- Proszę wejdź, tata uprzedził nas, że będziesz- powiedziała znajoma.
- Wow fajnie tu, tak ciemno, Nie macie prądu?- spytał szybko.
- No niestety chwilowo tak, jeśli będziesz musiał wykonać jakąś pracę do liceum to...
- Nie!- krzyknął- Jest super.
Fran uśmiechnął się podobnie jak jego przyjaciółka ukrywając lekkie zdziwienie.
- Nadal się przyjaźnicie?- spytał przyjaciół z uśmiechem.
- Tak od kołyski- odrzekł Fran obejmując przyjacielsko Lissę.
- Jesteście parą?- spytał, a w sumie stwierdził Beck rzucając swoją torbę na kanapę.
- Nie nie- zaczęli zaprzeczać speszeni...



- Witam o poranku!- krzyknął entuzjastycznie Beck.
- mmm, poranku?- spytał z niedowierzaniem Fran.
Becka spojrzał się na nich trochę pytająco, a trochę olewczo i ruszył po płatki czekoladowe.
- Wiesz jest 14:00 po południu, rozumiemy, że jesteś zmęczony podróżą z Kanady, ale... poszedłeś spać od razu jak się zrobiło ciemno. Na pewno nie jesteś chory?- wydusiła jednym tchem.
- Nie jest ok- mruknął w odpowiedzi.
-O, to super pomożesz mi przy zabawie.- zaproponował mu Fran.
- Jakiej?
- Co roku Raufarhöfn organizuje Halloween, więc...
- Co?! Halloween- rzucił nagle płatki i spytał oburzony- Nie mówiłaś mi tego Lissa!
- Yy nie wiedziałam, że aż tak cię to obchodzi- odparła.
- Kiedy to jest?- spytał znów Beck.
- Jutro- powiedział spokojnie Fran przełykając obiad.
- Co miał bym zrobić?
- Wiesz, może to zabrzmi śmiesznie, ale czy możesz się przebrać za wilkołaka?- spytała.
Beck z wrażenie zachłysnął się mlekiem.
- Ja?- wydukał w końcu w ciągłym szoku.
- No- uśmiechnęła się dziewczyna.
- No bo zawsze ktoś straszy maluchy...- wyjaśnił mu przyjaciel.
- Aha, a one tego chcą?
- A kto je tam wie, czego one chcą, ale zabawę mają, to co?
- Jutro?- spytał znów- A czy jutro przypadkiem nie jest pełnia?
- No może, a co?- spytał zaintrygowany Fran.
- Nie no nic, ale dzieci nie będą się zbyt bały, jeszcze pomyślą, że naprawdę jestem wilkołakiem.- zaśmiał się nerwowo Beck, ale nikt mu nie zawtórował.
- Ej, wyluzuj, to tylko dzieci- przekonała go Lissa..
- W takim razie... zgoda.





- Wow- wydukali Lissa i Fran na widok zabawy Halloweenowej, którą zobaczyli, a w sumie byli też jej organizatorami. W centrum małego islandzkiego miasteczka rozpoczęła się najbardziej gorąca impreza 'duchów i potworów'.
- Jak się się bawicie?- krzyknęła dziewczyna wchodząc na scenę. Nie usłyszała odpowiedzi, bo tłum krzyczał, dzieci ganiały się i było naprawdę głośno...
- No to imprezka zaliczona!- krzyknął Fran i przybyli sobie triumfalnie z Lissą piątek.
- Oj tak..., a gdzie Beck.
-Nie wiem, myślałam, że jest z tobą- powiedziała przyjaciółka.
- A ja, że z tobą.
- Miał dmuchać balony w przebraniu.
- Chodźmy po niego, pewnie jest w domu- powiedział Fran. Zaczęli się przeciskać przez tłum. Co chwile najmłodsi przebiegali im przed nogami krzycząc 'cukierek, albo psikus', a starsi bawili się, równie dobrze. Każdy był skupiony na sobie, jedynie niektóre pary oczu spoglądały na dwójkę przyjaciół przenikliwie, jakby próbując ich wystraszyć, a jednocześnie ostrzec. Czuli to...
- Ej, Li- zaczął Fran- Mam wrażeni, że coś tu nie gra.- powiedział, kiedy jechali już autem.
- Tak, przez Becka, zawalimy sprzedaż balonów.
- Nie, chodzi mi o to, że tu się dzieje coś dziwnego. Ktoś nas obserwuje, cały czas. Ja to wiem.
- Ogarnij się Fran.- zaśmiał się przyjaciółka.
- Może przesadzam, masz klucze spytał, zatrzaskując drzwi niebieskiej furgonetki.
- Ta prosz..- przerwała Lissa- Co to?
- Znowu jakaś kartka...?!
- Ta, ciekawe kto tym razem robi sobie żarty?,a pewnie dzieciaki w końcu dziś Halloween.
- Co piszą- spytał Fran.
- Pewnie proszą o cukierki- zażartowała Lissa i schyliła się po kartkę. Zaczęła czytać.
 If you think you know this story, think again. 
Spojrzeli na siebie nic nie mówiąc, ich przerażone oczy oddawały wszystko. Nagle usłyszeli hałas tłuczonego szkła.
- Co to było?- krzyknęła przestraszona Lissa i złapała przyjaciela za rękę.
- O Boże, to chyba z naszego domu. 
Wbiegli szybko do drewnianego domku w lesie.
- Z piwnicy- krzyknęli oboje, rozpoznając skąd dochodzi hałas i przeraźliwe wycie.
Otworzyli starą wykonaną z drewna klapę do piwnicy i zeszli tam.
- Aaaaaaaaaaaaaaaa- krzyknęła Lissa i wtulił głowę w pierś Fransa, który stał równie przerażony...






Sssss- rozległ się twinkle świecy. Piwnica lekko rozświetliła się blado- żółtym światłem. Wszystko stało na swoim miejscu, chyba. Przyjaciele nie byli tego pewni, ponieważ nie schodzili do podziemi zbyt często. Było tam wilgotno, pełno starych przerażających rupieci, a do tego nie było elektryczności. To ostatnie zdarzało się też odczuć na górze- w domu, jak i wszystkim mieszkańcom małego miasteczka w północnej Islandii.
- Musimy tu posprzątać- powiedział w końcu Fran.
Lissa przytaknęła, podeszła do małego okienka, które ledwo mieściło się w wysokości podziemi.
- Mmmm- mruknęła i podskoczyła, nie mogła dosięgnąć. Przyjaciel podszedł i uchylił okno. Srebrny blask księżyca zmieszał się teraz z ziemskim światłem świecy.
- Chyba muszę to powiedzieć tacie- stwierdziła spokojnie Lissa.
- Słuchaj to trochę dziwne, ktoś włamuję się nam do piwnicy i nic nie kradnie i... zaraz a jak ten ktoś wyszedł, przecież jedyne wyjście to, albo klapa przez, którą weszliśmy, albo okno- analizował Fran.
- A było zamknięte- dodała Lissa- Musimy wracać na imprezę, zaraz mamy wystąpić.
- Racja, zadzwoń do taty.
Światło telefonu zmieszało się teraz z pozostałymi odcieniami.
- Tato, mieliśmy kolejne włamanie, nie nic nam nie jest, własnie nie wiemy gdzie jest Beck, tak przyszliśmy po niego ale go nie było, dobra już wracamy na party, przykro mi, jedna osoba tylko. Pa- skończyła rozmowę.
Wyszli z piwnicy ruszyli do kuchni, żeby napić się wody. Fran wziął z blatu przezroczystą szklankę i zaczął w nią nalewać wodę. Poczuł, że szklanka jest jakaś śliska.
- Aaaaaaaa- krzyknęli teraz oboje, a Fran upuścił szklankę, która zalana przez wodę rozbiła się na milion małych kawałków. Lissa podbiegła do niego i zaczęła płakać.
- Tak- krzyknął nagle głos zza ich pleców- Hahaa wystraszyliście się co- zaśmiał się Beck.
- To twoja sprawka- spytała Lissa.
- Tak, a to nie żadna krew, jak pewnie pomyśleliście, ale zwyczajna farba, która kupiłem w kiosku. No co w końcu Halloween, sorry nie wiedziałem, że aż tak was do wystraszy- zdziwił się współlokator.
- Wiesz może byśmy się tak nie bali jakby nie ostatnie 'przygody'- powiedział Fran.
- Zaraz- zaczęła Lissa- byłeś tu cały czas?
- Nie, byłem na zabawie, przyjechałem jakieś 5 minut temu nie było was więc wpadłem na pomysł zrobienia wam żartu.
- No to ci się udało- odparł Fran- A po co i czym tu przyjechałeś?
- Dzięki, a podwiózł mnie tu jakiś wiejski gościu, chyba jest fryzjerem, nie znam tu wszystkich, ale tak mi się wydaje,a przyjechałem, bo was szukałem, właśnie zaraz macie występ. To co jedziemy?- spytał uśmiechając się do nich.
- Tak jasne- odparli chórem i zaczęli iść do drzwi.
- Chwile- odwróciła się napięcie Lissa- tata mi powiedział, że doszło do kolejnego zabójstwa, zginęła jedna osoba...






- Oooo- westchnęła Lissa.
- Ale wyszło- stwierdził z zadowoleniem Fran i zaśmiał się lekko.
- Jakie straty?- spytała znów Lissa.
- Zobaczmy...- Fran wszedł na scenę i pociągnął za sobą przyjaciółkę.
- Nie tak źle- stwierdziła.
Ze sceny było widać cały plac przed ratuszem w niewielkim miasteczku. Chwilami można było nawet dojrzeć morze schowane za czymś co było podobne do wydm- lecz występujące na pograniczu tajgi, a tundry. Na pewno można było usłyszeć fale, które co chwile z łoskotem rozbijały się o wysoki klif i spokojnie podmywały niższą część plaży. Na placu wiatr kłębił plastikowe kubeczki, balony i okruchy z ciast i ciasteczek. Było pusto. Tylko Lissa i Fran stali na scenie po hucznej zabawie.
- Gratuluje- zwrócił się przyjaciel do współorganizatorki.
- A ja tobie- odpowiedziała uśmiechem i dodała- Fajnie, że jesteśmy organizatorami, ale...
- Nie mogliśmy się pobawić- dokończył za nią i oświetlił jej twarz latarką jarzeniową.
Z boku ta scena mogła wyglądać co najmniej mrocznie.
- Pozwoli Pani- ukłonił się Fran przed Lissą i podał jej dłoń.
- Oczywiście- odpowiedziała lekkim ukłonem i złożyła swoją dłoń na jego.
Zaczęli tańczyć na pustej scenie. W oddali było słychać szum morza mieszany z odgłosami nocnego ptactwa. Z malutkiego odtwarzacza po, którego nikt się nie zgłosił po imprezie unosiła się lekko piosenka Mad World, a rytm nadawał wiatr, który usilnie mierzwił im włosy.
- Zasługujemy na jeden taniec z osoba, którą lubimy i nie jest potworem- zaśmiała się Lissa, bo tylko oni byli ubrani w ciepłe ubrania, a nie przebrania. Mieli na sobie szare bluzy, z guziczkami przy szyi, stylowe i dość drogie, materiałowe spodnie i wyższe buty.
- Nie boisz się- spytał Fran, który sam był trochę przestraszony tym, że są sami w nocy daleko od domu.
- Masz rację, powinniśmy wracać.
Nagle zza drzew usłyszeli wręcz przerażający skowyt.
- O nie, znowu- jęknęła dziewczyna. Przestali tańczyć, na chwile zastygli w objęciu sparaliżowani strachem.
Pierwszy odważył się Fran pociągnął ich za scenę w nadziei, że cokolwiek to było nie zauważy ich tam.
- Tędy możemy przejść do auta- szepnęła Lissa wskazują na niebieską furgonetkę. Zaczęli biec do auta.
- Czekaj- krzyknął nagle Fran- Może tam się coś, może ktoś potrzebuje pomocy.
- Jeżeli tam się coś stało, a sprawdza tak zawył, to ofiara nie potrzebuje pomocy, tylko modlitwy- krzyknęła w płaczu Lissa i drzwi do auta zatrzasnęły się. Ruszyli do domu.
Na scenę z nikąd spadła czarna płachta i całkowicie ją zakryła. Lissa spojrzała w lusterko furgonetki i zobaczyła, że całe niebo jest słodko- waniliowe...




-Trzecia, czwarta, piąta- liczył muszelki Fran.
- Patrz ta jest ogromna- Lissa schyliła się po dużą białą muszlę, w której nagle ukazała się lepka, ciemna, mazia.
- Fuuj, jakieś żyjątko, dość obślizgłe- mruknęła i odrzuciła muszelkę, nie chcąc zakłócać spokoju jej domownikowi.
- Ale pięknie- mruknął Fran, a Lissa przytaknęła.
Szli wzdłuż brzegu nieuczęszczanej plaży. Było dość zimno(jak przeważnie jest w Islandii, zwłaszcza przy kole biegunowym) i wietrznie. Z ich lewej stronie znajdował się wysoki klif, a po drugiej stronie rozciągało się bezkresne Morze Grenlandzki.
Przyjaciele pomimo zimna po łydki brodzili w wodzie. Było nieskazitelnie mroźno. W oddali było widać prom płynący z wycieczką i małą łódź rybacką. Wiadomo było, że w łodzi siedział stary marynarz- Jack i jego pomocnik, młody rybak z nadmorskiej rodziny- Pete. Niebo było granatowe i ścierało się z wodą tego samego koloru. Jednak słońce przebijało się dość mocno. Właściwie zachodzące słońce na 6 miesięcy...
- Patrz zachodzi, daj aparat- Fran pospiesznie wyjął aparat z czerwonej kurtki Lissy i podał jej. W okienku aparatu ukazało się do połowy schowane już słońce. Tylko ono rozświetlało już mrok, który zapanował wokół nich. 
- Latarka- wypowiedzieli to magiczne słowo, niezbędne w tym klimacie, po czym jażeniówka padła na niebieskie oczy Lissy,a jej cera wydała się jeszcze bladsza.
- Nie w oczy- mruknęła.
Widok w okół nie był już tak ekscytujący ile przerażający.
- Dobra wracamy- stwierdził Fran- Nie wiem tylko jak będziemy żyli w takim stresie, że ktoś, lub coś nas napadnie przez pół roku!
- Dowiemy się, co to robi i ukarzemy to- rzekła Lissa głosem niczym z horroru w scenie głównego ataku.
- Dobrze- zgodziła się Fran jak małe dziecko, posłusznie i potulnie.
Przyjaciele zaczęli iść w kierunku lasu za wydmami, w którym jest ich dom.
Zapadła noc polarna na 6 miesięcy. Kto się zdążył schować, a kto nie...?


Drewniane schody skrzypiały pod stopami Lissy. Dziewczyna kierowała się na strych. Było to najwyżej położone miejsce w całym domu. Miało tylko jedno małe okienko. Pełne szpargałów i starych książek. Zamieszkane przez pająki, oblepione pajęczynami.
Mroźny wiatr hulał po całym domu, wydobywając się właśnie z tego nieszczelnego okienka.
Zegar wybił dziesiątą . Stukanie rozległo się i dotarło do wszystkich zakamarków, następnie przeniknęło w las. Panowała idealna cisza. Było tak ciemno, że Lissa musiała iść po omacku. 
- Hej, Beck zapal tu światło- szepnęła i weszła do pokoju chłopaka. Beck spał. Przykryty kołdrą wyglądał uroczo. Oddychał bardzo spokojnie.Lissa nie zapaliła światła. Podczas nocy polarnej, gdy ktoś spał nie wolno było tego zmieniać. W tym okresie nie łatwo o miły sen. Po cichu wyszła z pokoju. Przy drzwiach potknęła się o czarną pelerynę.
- Jaki on tu ma bałagan- stwierdziła i wyszła na schody. Będąc już przy strychu zapaliła małą świecę i weszła tam. Pochłonęło ją to na 5 minut, po czym zgasiła świece i pośpiesznie zaczęła schodzić po schodach. 
- Jestem- szepnęła- mam ją.
- Jest noc polarna, są straszne opowieści- powiedział Fran, czekał na nią w salonie. Usiedli na kanapie przed kominkiem,od którego bił blask i ciepło.
- Becka śpi?- spytał Fran.
- Tak- odpowiedziała Lissa- W sumie to trochę dziwne, że zawsze czytamy ta księgę podczas nocy polarnej.
- To zróbmy coś innego- te słowa przyjaciela zabrzmiał trochę dwuznacznie- Twój tata ma dyżur?- spytał.
- Tak,a w piątek jest zabawa taka yyyy no, jakby to powiedzieć country, szeryf itd.
- Fajnie
- No też to lubię.
Fran podszedł do kuchni i wyjął z szafki butelkę whisky.
- No, dobry ruch- skomentowała Lissa.
Fran pociągnął z butelki duży łyk, przetarł rękawem i podał butelkę przyjaciółce.




Butelka po whisky leżała pusta przy kominku. Przyjaciele leżeli na kanapie pogrążenie w głębokim śnie. Ubrani jedynie w piżamy pod kocem kupionym u pani Emili, leżeli obok siebie na sofie w salonie.Była 10:00. Beck schodził po drewnianych skodach, po których 12 godzin wcześniej szła Lissa. Liczył, że zastanie przyjaciół ze zrobionym śniadaniem. Beck miał zajęcia w college na 12:00.
Beck spojrzał jeszcze raz na zegarek.
- Spokojnie mam 2 godziny- mówił sam do siebie i nagle zamarł. Zorientował się, że wskazówka zegara wcale nie przesuwa się po tarczy, lecz tyka w miejscu. Beckowi zrobiło się gorąco na myśl, która godzina może być naprawdę. Spojrzał na duży zegar w salonie. I zamarł... Na zegarze 10 minut temu wybiła 11:00.
- Obudźcie się szybko!- zawołał do przyjaciół. Nawet nie drgnęli, zmęczenie po wczorajszej zabawie. Beck iż będąc w obliczu sytuacji kryzysowej rzucił się z kubkiem po wodę. Odkręcając gwałtownie wodę polał całą piżamę, kuchnie,aż w końcu woda trafiła na dno piaskowego zlewu, gdzie być powinna od początku.
Nie myśląc zbyt długo oblał wodą najpierw Lissę, a potem Fran'za.
- Ahhhhh- zerwali się przyjaciele z krzykiem- Co ty robisz?!
- Jest późno, myślałem, że mnie obudzicie na uniwerek!
Przyjaciele spojrzeli na siebie nie bardzo wiedząc co robią w tak dziwnej sytuacji.
-Dobra szykuj się szybko zrobimy ci śniadanie. Lissa wychodząc spod koca zaplatała się w niego jedną nogą i runęła na ziemie, tocząc butelkę po alkoholu na środek pokoju. Fran pobiegł do kuchni i również po kilku sekundach leżał jak Lissa. Przejechał się na rozlanej wodzie. Beck zszedł na dół, ubrany do wyjścia.
Wziął w pospiechu jabłko i wodę mineralną, której butelka była lodowata.
- Latarkę masz- zadał Fran podstawowe pytanie podczas nocy polarnej.
- Ta.
- To pa
- Pa- krzyknął i zamknął za sobą główne drzwi domu.
Dopiero teraz przyjaciele podeszli do siebie i zaczęli zastanawiać się, czy aby na pewno wszystko jest tym czym się wydaje...





Na granatowym niebie błyszczał srebrny księżyc, otoczony zielonkawą zorzą. Było przed dziesiątą wieczorem. Był przypływ,a wiatr szalał nad całym miasteczkiem. Miasteczkiem, które było pogrążone we śnie, a może tylko miało sprawiać takie wrażenie. Tak naprawdę podczas Nocy Polarnej, mieszkańcy nie mają stałych godzin snu. 
Pani Emili zamykała właśnie swój sklepik obok ratuszu. Wiatr, a raczej wichura wytrąciła jej z ręki stos kartek, które rozsypały się na ulicę koło jej morskiego garbusa. Pospiesznie je zebrała, wsiadła do auta i przekręciła kluczyki w stacyjce.
- Dzisiaj też będziemy pić?- spytał z uśmiechem Fran.
Lissa uśmiechnęła się uwodzicielsko- A mamy co pić?- spytała podchodząc do przyjaciela. Fran zdjął czarny płaszczyk i podał jej butelkę Whisky.
mmm- mruknęła dziewczyna.
- W ostatniej chwili, pan Henry już zamykał, strasznie się gdzieś śpieszył- powiedział Fran. 
Para leciała im z ust. Nie było prądu,jak zawsze przy wichurze, nie było ogrzewania, nie było ciepła, które rzadko się tu pojawiało. Jedynie latarnia morska, podłączona do generatora prądu, świeciła białym, stałym światłem.
Beck jest?- spytał Fran.
- Nie poszedł do znajomych- odpowiedział Lissa.
- Tak późno?
- Wiem, nie zna okolicy, ale przecież i tak jest ciemno cały czas. Nie może siedzieć w domu 6 miesięcy.
- Racja- mruknął Fran.
Zapadła cisza, którą przerwało dwukrotne pukanie do drzwi.
Lissa podbiegła i otworzyła je ze skrzypnięciem.
- Drzwi też muszę zrobić- zaśmiał się Frankly, stary ogrodnik i człowiek naprawiający różne elementy wyposażenia domowego. Był wdowcem. Po śmierci żony uważany za dziwaka.
- To gdzie ten tynk, mała? - spytał zachrypniętym głosem.
- Tu- Lissa wskazała ścianę, przy drewnianym zegarze, na pierwszym pietrze przy schodach.
- Dobra, dam sobie radę- zapewnił lokatorkę.
Lissa z radością powróciła do tematu zabaw i Whisky, opuszczając  zdziwaczałego starca. 
Napili się Whisky. Siedzieli na kanapie przed kominkiem, w którym palił się iskrzący ogień.
Przyjaciele umieli bardzo dobrze grać w pokera, lecz gdy zostawali sami gra stawała się grą prowadzącą tylko do innych zabaw. Starali się być cicho przy Frankly.
Hahaha- wybuchnęła śmiechem Lissa, kiedy Fran przegrał rundę i chciał, czy nie musiał oddać jedną część garderoby. Ułatwione wybór miał dzięki Lissie, która niechcący polała mu koszulę Whisky.
- Nie jest za zimno, nie koszula- śmiał się zrozpaczony Fran. 
- Na to zostały ci jeszcze spodnie- zaśmiała się znów Lissa.
- Zobaczymy jak ty będziesz musiał się rozstać z bluzką, co niedługo nastąpi.
Fran zaczął ściągać koszulę w niebieską kratkę.
Wybiła dziesiąta. Zegar na ścianie wystukał godzinę i czekał na reakcję. Frankly stojący pod nim zamarł. Uniósł wzrok do góry, tego bał się najbardziej. Wybiła dziesiąta. Rzucił się w pośpiechu do zbierania farb i pędzli, po czym zbiegł po schodach i wpadł do salonu. Fran zaczął się pośpiesznie ubierać. 
- Już pan skończył- spytała nieśmiało Lissa, odkładając kieliszek na ławę. 
- Prawie, w sumie tak- dodał po namyśle- Przepraszam muszę już iść- powiedział i zatrzasnął drzwi w rytm wiatru.
Przyjaciele spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, a ich spojrzenie przeszył lodowaty wzrok wypchanych zwierząt stojących na kominku.



- Wszyscy są? - padło pytanie obiegające echem cały plac, rozbijając się o morskie fale.
- Tak, prawie... Nie ma tylko...
- Już jestem rozległ się zdyszany głos.
- Wszyscy, zaczynamy.
Lissa zerwała się na kanapie.
- Słyszałeś?- spytał cicho Fran'a
- Tak, zdaje się, że ktoś w miasteczku zostawił śmieci na dworze. 
- Eh- westchnął i dodał- Wilki znów mają jedzenie.
- Skończyłaś pisać artykuł? - spytał przyjaciel.
- Tak, tak- odpowiedział nieobecna myślami Lissa.
- Nie sądzisz, że Frankly zachowywał się dziś trochę dziwnie?- spytał nagle.
- Nic mnie już nie zaskakuje. Ale racja, uciekł przerażony, jakby wystraszył się zegara.- odrzekł Fran.
- Która godzina?- spytała znów przyjaciółka.
- Za pięć dwunasta. Chłopak sobie folguje.- pomyślał o niewracającym Becku.
- Patrz,kto to?- zerwała się Lissa i podbiegła do okna, a Fran podążał jej śladem.
- Beck?- spytał z niedowierzaniem- Mówił, że go ktoś odwiezie, czemu wraca przez las?!
Nagle przyjaciele stracili postać z oczu.
- Chyba nam się przewidziało- zażartowali, nie wiedząc co o tym myśleć.
- To już może lepiej pograjmy dalej w Pokera.- zaproponował Fran.- Obiecałem ci, że zdejmiesz koszulkę.- zaśmiał się.
- Niedoczekanie, ogram cię- odparła Lissa i zaczęli grać.
- Pewnie Beck został na noc u znajomych, przecież jest prawie dorosły- rzuciła dziewczyna. 
- Pewnie tak- odparł przyjaciel i krzyknął- Ha, wygrałem, oddajesz fanta.
Tymczasem ciemna postać oddalał się od domku w lesie i nagle skoczyła zwinnym zwierzęcym ruchem. Zniknęła nie zostawiając za sobą żadnego śladu...


Sowa pohukiwała smętnie na tle księżyca. Wiatr poruszał gałęźmi iglastych drzew. Cisza idealna. Jedynie z gospody dawały się słyszeć odległe rozmowy i muzyka country.
- Jesteś pewna- spytał Fran, stojąc z Lissą u bramy cmentarza.
- Tak, dawno nie odwiedzałam babci.
- Dobrze więc zapalmy jej świeczkę i wynośmy się z tego miejsca. 
Patrząc 'z lotu ptaka' było widać mały wiejski cmentarzyk otoczony lasem iglastym. Na terenie cmentarza znajdowało się też mauzoleum oraz niewielka kaplica. Opodal poza murami obszaru cmentarza, znajdowało się źródełko. Fran wyjął latarkę. Białe światło jarzeniowe oświetliło niewielki cmentarz.
- Aha- przeraziła się Lissa. Przyjaciel spojrzał tylko i domyślił się co ją przestraszyło. Szkielet. Niestety, w tak małym miasteczku nie każdego było stać na porządny pochówek.Grzebali więc zmarłych pod płotem często w prowizorycznych trumnach, które później odnajdywały wygłodniałe zwierzęta, których jest pełno w tych lasach. Lissa schyliła się nad grobem babki i spojrzała na jej małe zdjęcie na grobie wraz z grupą młodych przyjaciół.
- Ależ oni byli wtedy szczęśliwi.
- Racja, ciekawe gdzie leżą jej przyjaciele?- pomyślał Fran.
Grób był ciemny i bardzo zakurzony. Wnuczka zdmuchnęła pył i zapalił małą świecę na grobie. Ciepłe, żółte światło otuliło uroczysko. Można było teraz ujrzeć stare pozłacane inicjały na grobie.
R.I.P
V.B
- Wejdziemy jeszcze do mauzoleum?- spytała Lissa, otwierając stare skrzypiące drzwi, lecz to co zobaczyła w pełni nie było tym czym spodziewała się zastać. Tylko czarna płachta leżała na posadce...





Przyjaciele biegli przez las jak najszybciej. Ich oddechy były szybkie i płytkie. Światło księżyca oświetlało parę z ich ust. Lissa zaczynała kaszleć. Chorowała na astmę. Rzadko miała ataki, lecz przy dużym wysiłku i ogromnym stresie traciła oddech. Upadła.
- Lissa- krzyknął Fran i przyklęknął koło niej- Masz atak?
- Chyba nie- odpowiedziała duszącym głosem. Powoli się uspokajała.
- Jeśli to coś nas dopadnie to po nas- szepnęła.
- Co to jest?- myślał na głos Fran- zabija ludzi, niszczy mauzolea.
- Boję się- szepnęła dziewczyna tak cicho, że jej słowa stłumił daleki szmer potoku.
- Ja też- odparł przyjaciel i przytulił ją mocno do siebie. Siedzieli tak przez chwilę, dochodząc do siebie po szoku, który doznali na zrujnowanym cmentarzu.
- Muszę ci coś powiedzieć- wyszeptał Fran wprost do jej ucha. Spojrzał jej prosto w oczy.
- Taką samą pelerynę widziałem ostatnio w pokoju Becka.
Słowa te rozbrzmiały jak prawda, którą od dawna wszyscy znali.
- Tu dzieje się coś dziwnego. Jeśli to on zrobił to to...- próbowała wydusić Lissa.
- To co...?- spytał bliskim płaczu głosem przyjaciel.- To z nami zrobi to samo- dokończył za nią.
- Zadzwońmy do mojego taty w końcu jest z policji, powiedzmy mu, musimy zachować trzeźwość umysłu, bo zabójca tylko czeka, żebyśmy  stracili kontrole nad sobą.
- Widać już dom- powiedział ciepło Fran i podał Lissie rękę. Wstali i zaczęli szybko, lecz spokojniej iść do domu.
Dziewczyna otworzyła drzwi.
- Tata? A co ty tu robisz?- ojciec siedział zmartwiony na kanapie.
- Córeczko- rzucił się do niej i przytulił- Nic ci nie jest?
- Nie, tylko wiesz co zobaczyliśmy...
- Tak się bałem, dostałem zawiadomienie, że zginęła kolejna osoba. Młoda dziewczyna, bałem się, że to moja księżniczka- tłumaczył szczęśliwy już tata.
- Co kolejna ofiara?- spytał z niedowierzaniem Fran.
- Gdzie to się stało?
- Na Trafalgar Square, przy ratuszu.
- W centrum?
- Na to wygląda- mruknął policjant i pokręcił ze smutkiem głową.
- Zaraz- krzyknął odkrywczo Fran- a gdzie jest Beck?
-Chyba u siebie, bo nikt nie przychodził jak ja tu byłem.
Przyjaciele rzucili się na piętro do pokoju chłopaka. Uchylili drzwi i zobaczyli spokojnie śpiącego Becka...



Samochód jechał przez las. Drogi były puste. Pojazd poruszał się około 80km/h. W środku znajdowały się drogie jasne obicia, imitujące skórę( w promieniu wielu kilometrów nie ma do kupienia, aut obitych skórą). W środku panował słodki zapach niewinności.
- Nie będziesz już nam przeszkadzał- szepnęła słodko blondynka. Miała bardzo bladą cerę. Wzięła owocowego cukierka i natychmiast go rozgryzła. Uśmiechnęła się i przyśpieszyła.
Ciemny Mini Cooper zajechał pod mały sklepik na uboczu miasteczka, tuż pod lasem. Nów starał się świecić pełnią blasku. Był drugi tydzień nocy polarnej z 6 miesięcy. Właścicielka auta wysiadła napięcie i trzasnęła drzwiczkami.
-Co, co...- obudził się od hałasu właściciel sklepiku.- Czy ktoś tu jest?- zapytał zachrypniętym głosem. Cisza. Nikt nie odpowiadał. Odgłos szpilek narastał i przybliżał się. Kobieta zbliżała się. Miała jeszcze parę kroków do schodków prowadzących na podest przed sklepem. Było sucho, więc jej obcasy uderzały z hukiem o asfalt.
- Czy ktoś tu jest?- szepnął starzec mniej pewnie. Wstał z bujanego fotela w poszukiwaniu latarki. Włączył ją. Odwrócił się zamaszyście i podświetlił twarz kobiety, stojącej teraz tuż przed nim.
- To pani, Panno...- nie zdążył dokończyć...





-Hej!- powitała Lissa zaspanego Becka.- Martwiliśmy się- wydusiła słowa, które zawisły w powietrzu, powodując u każdego z trojga odtworzenie wydarzeń minionej nocy.
- Sorry, zasiedziałem się u znajomych.
- Mówiłeś, że nie znasz tu nikogo- wtrącił Fran.
- No wiesz, poznałem kogoś w college.
Przyjaciele spojrzeli po sobie. 
- Chcesz iść z nami do miasteczka? Miałbyś okazje je wreszcie poznać- zaproponowała już łagodniej dziewczyna.
- Czemu nie- odparł chłopak i zamieszał w szklance mętnej Coli.
- Jemy gofry, chcesz też?- spytał Fran.
- Nie, dzięki.
- Nie za mało jesz?
- To gdzie chcecie iść?- rzucił chłopak, szybko zmieniając temat.
- Mieliśmy iść z Lissą do Henrego, nalegał, że musi koniecznie dać nam jakąś starą książkę- zaśmiał się.

- To ten, mogę pójść trochę sam, chodzę z wami od godziny, wy pojedziecie po książkę, a ja tu będę się kręcił- zaproponował student.
- No, ale nie zgubisz się?- spytał Fran.
- Dam radę, najwyżej kogoś spytam o drogę. W końcu są tu tylko 2 ulice.
- Dobra- zgodzili się i zaczęli się oddalać do furgonetki. Właściwie nie było wiadome i oczywiste, czy jest dzień, czy noc. Tylko dzięki nieustannemu tykaniu, mieszkańcy wiedzieli, czy spać, czy iść do miasteczka, pracy. Był dzień, rano, po 9. Co nie zmienia faktu, że było ciemno jak w nocy. I tak miało pozostać przez najbliższe pół roku.
- Nie wydaje ci się, że Beck dość dobrze orientował się w lokalizacji miasteczka, jak na pierwszy raz.
- No, znajomość ilości ulic też mnie zaskoczyła- dodał Fran.
- Oby stary Henry miał dla nas coś ważnego, bo inaczej nie zastawiłabym chłopaka tu samego.
Nagle jedna z przechodni, prosta, uboga kobieta z ciężkimi siatkami i małym dzieckiem w chuście, odwróciła się do nich szybo, ale dyskretnie.
- To nie wiecie?- szepnęła złowieszczo ze zdziwieniem w głosie.
- Przepraszam panią, ale czego?- spytał rzeczowo Fran.
- Przecież, wszyscy już wiedzą, że...- kobieta przytuliła mocno dziecko, ścisnęła zakupy, zniżyła głos i szepnęła-...że starzec z tego sklepiku opodal lasu- znów przerwała i przybliżyła się jeszcze do przyjaciół w obawie, że w z każdą chwilą ktoś może jej wyrwać dorobek-...że Henry- zamarła- nie żyje. Ludzie mówią, że znaleziono go nieżywego w sklepie, zeszłej nocy...


- Max, co tu się stało?- spytała Lissa podbiegając do policjanta stojącego przy domku Henrego.
- Nie mogę udzielać takich informacji.- odrzekł surowo.
- No weź, pracujesz z moim tatą.
Max zerknął na nią.
- W sumie nie wiadomo.
- Jak to, Henry nie żyje. To był napad?- pytała Lissa.
Policjant przybliżył się do przyjaciół.
- Nie wiem co to było, ale chyba nie zwierze. W sumie nie miał większych obrażeń. Tylko zadrapania, może został otruty. Podobno jak ludzie znaleźli go rano w promieniu kilku metrów pachniało cukierkami... Wiadomo, że starzec ich nie jadł. Był śmiertelnie uczulony na jedną z substancji barwiących. Ten kto tu był pewnie go tym otruł.- szepnął Max.
- A czy moglibyśmy?- spytała jednoznacznie Lissa.
- Macie pięć minut i wchodzicie tam na własną odpowiedzialność.
Dziewczyna uśmięchnęła się.
 Fran uchylił drzwi i zajrzał niepewnie. Po chwili przyjaciele stali już w niewielkim domku. Faktycznie pachniało wanilią.
Fran kichnął- Jestem uczulony- szepnął do Lissy.
-Ciekawe jaką książkę chciał nam dać. Nie sądzisz, że to trochę dziwne. 
- Jakby komuś zależało żebyśmy tej książki nie dostali.Czekaj przecież ja po ostatnim włamaniu rok temu zamontowałem mu kamerkę.- wykrzyknął nagle Fran.
- Gdzie?
- Tu. Wystarczy wyjąć kartę. Masz telefon?
- Proszę- Lissa podała mu komórkę.
Przyjaciel włożył kartę i odtworzył ostatnie 12 godzin.
- Nic się nie dziej- mruknął poirytowany Fran.
- Czekaj, wstał z fotela- dziewczyna obserwowała nagranie.
- Cofnij to- szepnął Fran. Dziewczyna posłusznie cofnęła filmik o 10 sekund.
- Patrz- mruknął przyjaciel- Henry wstaje, podchodzi jakby do kogoś i upada. Jeśli ktoś by był z nim w pokoju to kamera by to uchwyciła, bo obraz tej osoby powinien odbić się w lustrze.
- A jeśli to nie była osoba...?- szepnęła przerażona Lissa.


-Jak to jeśli to nie była osoba?- spytał zdziwiony Beck?
-Tak to, osoba, to znaczy człowiek odbił by się w lustrze, a tam pustka. Kamera zaresjestrowała tylko Henrego, a druga osoba powinna się odbić w lustrze,a nie odbiła...- Fran zniżył głos.
- Powiem to ojcu- wykrzyknęła nagle poirytowana Lissa.
Fran usiadł spokojnie na sofie przed kominkiem i nalał sobie whisky. 
- A ty co o tym sądzisz Beck?- spytała Lissa.
Chłopak nie odpowiadał. Stał tylko na pograniczu salonu z kuchnią i myślał, czy to co myśli może być prawdą i coraz bardziej się obawiał, że tak.
- Beck!- krzyknęła roztrzęsiona dziewczyna.
- Co... No nie wiem, nie wiem,może to nie tak jak nam się wydaje, wiecie jakie są te sprzęty, może coś się po prostu nie nagrało.
- No nie wiem, to raczej nie możliwe- szepnął zapatrzony w ogień Fran, ale Beck już ich w cale nie słuchał, tylko automatycznie zaczął się kierować w stronę schodów.
- A ty do gdzie?- spytała ze zdziwieniem dziewczyna.
- Muszę odpocząć i pouczyć się- odparł nie odwracając się.
Lissa opadła na kanapę. Wzrok jej przyjaciela powoli się zmieniał.Na początku wydawał się w pewien sposób pusty i zmęczony,a oczy załzawione, lecz teraz zaczął lekko, ze skupieniem przygryzać dolną wargę.
- Lissa?- zaczął jakby już znał odpowiedź na pytanie, które chce zadać- Kiedy dzieje się coś w miasteczku?
- Nie wiem- odparła zrezygnowana dziewczyna i nalała sobie prawie pół szklanki alkoholu.
Fran spojrzał na nią ni to pytająco, ni to zaczepnie.
- No nie wiem Fran- odparła dziewczyna i podniosła szklankę do ust. Spojrzała na nią i uśmiechnęła się ironicznie- Kiedy pijemy...?
- A kiedy pijemy?- ciągnął przyjaciel.
- Lepiej powinieneś spytać kiedy nie pijemy, choć zazwyczaj pijemy jak jesteśmy sami.
- A kiedy tak jest- powiedział Fran jakby wyrzekając prawdę. I dopiero teraz przyjaciółka zrozumiała.
- Kiedy nie ma Becka- szepnęła już wcale nie rozbawiona, lecz przerażona.
- Nie wydaje cie się to dziwne, że go nigdy nie ma jak coś się dzieje, a potem nagle się cudownie pojawia i mieliśmy go spytać o tą pelerynę- wydusił w końcu całość.
Lissa spojrzała na drewniane schodki, prowadzące na piętro, a później na przyjaciela.
- Chcesz tam iść do niego?- spytała, po czym dodała- Teraz?
Fran nic nie powiedział tylko odstawił szklankę na stoliczek i wstał. Schody zaskrzypiały parę razy i znaleźli się kondygnację wyżej.
- Mam tego dość- mruczała po drodze dziewczyna- Co tu się dzieje?
- Zaraz się przekonamy- szepnął Fran.
- Na prawdę myślisz, że on może mieć z tym coś wspólnego?
- Beck, chcieliśmy z tobą porozmawiać, możemy wejść? Beck..?
Mężczyzna uchylił drzwi.
- Beck, jesteś tu- ale Becka już nie było, jedynie zasłona powiewała na wpadającym przez okno wietrze...








1 komentarz:

  1. Ta końcówka (ze zwierzętami) strasznie mi się kojarzy z filmem Cabin in the woods :P Jak grali w prawda i wyzawanie to taki jeden naćpany powiedział:
    -Dobra, masz pocałować tego wilka
    -..ee.. stary..to nie jest wilk
    - No to ??
    - To jest Łos. Nie widziałes nigdy łosia..?
    - Dajcie mi spokój, przebywam na lonie Maryśki :P

    hahaha xD

    OdpowiedzUsuń