sobota, 7 grudnia 2013

Uwaga! Zmieniam nazwę i adres bloga! Please pay attention!!!!

No tak, nadszedł ten czas i nazwę bloga zmienić trzeba, a ja jak zmieniam nazwę to i adres. Piszę jakbym to robiła ze sto raz, ale tak na prawdę to... pierwszy raz. Od początku założenia tej stronki nazywała się ona coolturalny-tygodnik. i taki miała adres, ale ponieważ robi się tu coraz mniej kulturalnie, a coraz bardziej ekstrawagancko i nieobiektywnie dlatego też i nazwa musi się zmienić. Oczywiście będzie ona również ekstrawagancka i skrajnie faworyzowana. Były plany, aby blog został zlikwidowany, a powstała stronka, ale jak na razie to ten blog zostanie trochę pozmieniany. Będzie(w końcu będzie) więcej mnie z gitarą, obiecuję Wam, że kiedyś, nie długo to nastąpi. Nie będzie, żadnej rewolucji, ponieważ trwa ciągła ewolucja, ale myślę, że się ustabilizowała w miarę, na wiele wyższym poziomie niż początkowy. Będzie nadal muzycznie i filmowo. Ekstrawagancja, nieobiektywizm, najwyższy poziom, geniusz filmowy, lata 80, uzależnienie gitarowe, czapki policyjne, zabawa i kpina- jak najbardziej tak. I proszę zaglądajcie czasem na podstrony, bo tam kurczę też się wysilam! 
Na początku założenia bloga, było tu pełno zasad, było coolturalnie, było mnóstwo tematów tabu, teraz tak nie jest. Robi się niebiańsko, dzięki pewnej trójce ludzi, których naprawdę kocham i najbardziej na świecie chciałabym zobaczyć ich znów razem. Może to dla nich, a może przez moje uzależnienie od gitary.
Panie i panowie witajcie w:

Paradise City

Take me down to the paradise city
Oh, won't you please take me home
Now, this is your home...

niedziela, 1 grudnia 2013

Alphaville, BoneyM, Bad Boys Blue- Epicki koncert, Epicka recenzja.

Ciemno i zimno. Tak właśnie było. I nawet nie tak dużo policji. Kolejka... też nawet nie taka długa, może po prostu z moją znajomą byłyśmy wcześnie. Pierwsze wrażenie: 'Jesteśmy najmłodsze'. A może chciałabym, żeby tak było. Chociaż pojawiło się sporo na prawdę starszych ludzi. Schodziłyśmy na płytę długimi schodkami( strasznie stromymi), w rytm 'Oh Julie' i jakoś mi się to skojarzyło z 'Paradise City' i tym ogromnym stadionem. I te światła. Jak już powiedziałam było ciemno i na zewnątrz, i wewnątrz, jednak co chwilę kilka reflektorów zataczało rundkę i oświetlało mnie od dołu do góry. Czekałyśmy na rozpoczęcie jakieś 40 minut. Po czasie oczywiście. Jak zawsze robiło się gorąco i coraz goręcej, duszno i duszniej, tłoczno i tłoczniej. Wszyscy nerwowo zerkali na wielki zegar odmierzający czas. Dymiarka dostarczała swojego produktu kilkanaście razy na minutę( dużymi partiami), a my stałyśmy praktycznie pod samą scenę, tak więc było duszno, gorąco, ciemno z błyszczącym w oczy reflektorem i teraz także pełno dymu.
A koncert się nawet nie zaczął. Tak, klimat dla zaprawionych i odpornych koncertowo. Mnie się to strasznie podoba...
Pierwszy pojawił się Bad Boys Blue, który był absolutnie niesamowity. Zagrali główne, najbardziej znane utwory, sypnęli w publikę autografami(dosłownie). Na koniec John Edward Mcinerney wziął na scenę swoją małą, może 6-7 letnią córkę! Zdziwił mnie fakt, że była ubrana tak...tradycyjnie w jakąś chyba dzinsową sukieneczkę i biała bluzkę z dużym kołnierzem, do tego jakieś kiteczki. Ładnie. Pomijam fakt, że John ma tak mała córkę... Ale było fajnie, świetnie się bawiła z tatusiem i resztą zespołu. W tym momencie lud się trochę rozruszał, bo wcześniej było tak 'spokojnie'. John próbował zagadać, szpanował swoim kaleczonym: Dziekuje Lodz. Nawet nieźle mu to wychodziło, chociaż jak to ładnie ujął: My Polish is...malutki.
Jako drugi zespół zaszczycił nas Boney M i to było czyste szaleństwo. Nie trudno było się zatracić i oddać w wir 'Rivers of  Babylon'. To było naprawdę niesamowite zobaczyć 'ich'. Gdy cała czwórką weszła na scenę w kolorowych ubraniach, błyskotkach, wszystko zaczęło się świecić i wirować. Publiczność również się ożywiła, jednak mało kto patrzył na zespół, wszyscy bawili się sami, w grupkach, czy jak kto chciał.
Boney. M wykonali także 'No woman no cry' i zrobiło się tak... pokojowo, miłość wypełniła całość ;)
Jedyny mężczyzna w zespole zatańczył taniec z przed Billie Jean.
10 minut przerwy. Można było spokojnie opuścić swoje miejsce i udać się gdzie indziej, a później wrócić dokładnie tam gdzie było się 10 minut temu. Tak też zrobiłyśmy. Pochodziłyśmy trochę w ciągłym i nieustającym, migoczącym świetle reflektorów. Co się tam działo podczas przerwy? Chaos. Niektórzy wchodzili, inni wychodzili, ludzie siadali na środku płyty i grali w różne gry... I dym, naprawdę pełno dymu oraz alkohol.Usiadłyśmy na samym końcu i obserwowałyśmy wszystko niczym zaprawienie muzycy. Nagle, bez żadnej zapowiedzi oczom wszystkich oczekujących ukazał się cały skład Alphaville. Muzycznie- najlepiej, zabawa- najgorsza. I chyba tyle wystarczy co do nich. Po prostu nie potrafią nawiązać kontaktu z publicznością , choć muzycznie było naprawdę świetnie, mocno pozmieniane z ostrymi solówkami.
Wokalista się tak zmęczył( głos miał świetny), że stwierdził, że jak wszyscy piją to on tym bardziej może się na scenie napić. Podobno muzykę i światła było widać i słychać z daleka, poza Atlas Areną, a przechodzący mogli tylko podsłuchać 'Forever Young' i poczuć się jakby byli wewnątrz. W świecie prawdziwej magii.
I tak się stało. Naprawdę tam byłam, a może to był tylko sen, jak powiedział Marian Gold na koniec.
Ale jednak usłyszałam na żywo You're a woman I'm a man, Gotta go home oraz Forever young. Przeniosłam się do tego stulecia, którego tak bardzo pragnę i co najważniejsze przeniosłam się tam z osobą, która również tego chciała, z moją najlepszą przyjaciółką. Niesamowicie! Wspaniały koncert, a raczej była to niezobowiązująca zabawa. Może ostatnia szansa, żeby ich zobaczyć.. Jak byli wspaniali, tak są( Forever Young)
Czekam na Stevens'a( tego to MUSZE dorwać za kulisami;)