piątek, 30 sierpnia 2013

Zmiana struny w gitarze.

Od czasu do czasu tak bywa, struny w gitarze wymienić trzeba. Niby prosta sprawa, a komplikacje były już od czasu przekroczenia progu sklepu muzycznego( w dokładności był to Riff na Piotrkowskiej, jeden z najlepszych sklepów moim zdaniem). Moje pytanie było proste; Czy zastałam Hannabach 815 HT? 
Zdziwienie w oczach sprzedawcy, spojrzenie na mnie od góry do dołu. Okazało się, że pan nigdy o czymś takim nie słyszał. Są to jedne z najlepszych strun. No cóż zaczęłam mu tłumaczyć, że w ich ofercie internetowej są wymieniane na samym początku. Ale nie, sprzedawca pokręcił kilka razy głową, przeszukał jeszcze raz półki za sobą, gdzie wisiały wszystkie dostępne struny, udowadniając mi, że to on ma racje. W końcu, kiedy znów zaparłam się, że w internecie je widziałam, łaskawie zerknął, czy aby me słowa prawdą nie są, ale... co się okazało nie były. Tak, w ciągu kilku dni najwyraźniej oferta musiał się zmienić, bo struny Hannabach'a  jak były, tak teraz ich nie ma. No cóż, głęboki wdech i spytałam jakie w takim razie struny mógłby mi on polecić. Na szczęście z tym nie było już komplikacji, powtórzyłam kilka razy, że chcę metaliczne, z twardym naciągiem i takie dostałam. Zapłaciłam zaskakująco mało, połowę tego ile przewidziałam( bo takie były ceny na ich stronie internetowej, bez wysyłki oczywiście). Z wrażenia dobrałam sobie jeszcze kostkę. Zakładanie strun, każdy kto nigdy tego nie robił, zapewne myśli, że to banalna sprawa, obwiązać na dole, zawiazać na górze. No, a wygląda to trochę inaczej. Zaczyna się od tego, że poprzedniczki trzeba zdjąć. Jeśli ktoś zacznie od dołu, od mostku, to może się już pożegnać z okiem, bo struna 'strzeli' z taką siłą, że nic jej nie zatrzyma. Więc zaczęłam delikatnie, ale stanowczo i możliwie szybko kręcić stroikiem. I tak struna po strunie. Na dole były tak zaplątane, że musiałam odcinać. Założenie nowych, nie było jakoś strasznie trudne, ale łatwe wcale. Po prostu trzeba wiedzieć, jak je zawiązać. Zwłaszcza na koncercie jak trzaśnie i jest 5 minutowa przerwa... No, ale to jedna. Chyba, że pójdą dwie...
No, ale warto było, bo dźwięk jest jest o wieeeeele lepszy. Obiecałam sobie, że będę zmieniać struny chociaż co rok. Moja gitara też się ucieszyła, bo już cierpiała mają tamte stare, na których Paradise City nie brzmiało by tak pięknie, jak brzmi teraz.
Jeśli ktoś ma jakieś uwagi, porady, czy coś tam w sprawie wymiany strun, to z chęcią przeczytam.


Taki kawałek gitarowy ;)











poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Grease- recenzja filmu.

Grease- amerykański film fabularny z 1978 roku w reżyserii Randala Kleisera, zrealizowany według musicalu scenicznego o tym samym tytule. Powstała również kontynuacja- Grease 2 (1982). Czas trwania to 110 minut.
Film opowiada o dziewczynie Sandy Olsson (Olivia Newton-John), która przyjeżdża z Australii do Stanów Zjednoczonych. Kiedy zaczyna się rok szkolny dziewczyna w nowej szkole spotyka swoją wakacyjna miłość, którą jest Danny Zuko (John Travolta). Okazuje się, że chłopak nie jest do końca tak idealny za jakiego miała go wcześniej. Film ukazuje życie młodzieży około lat 60. Jest to typowy musical, wypełniony przepięknymi utworami z tamtych lat, takimi jak: You are the one that I wantSummer nightsWe go together oraz wiele innych. Główni bohaterowie otoczenie są zawsze 'paczką' przyjaciół, których perypetie też są w filmie naświetlone. Właściwie nie mam już więcej o czym pisać, bo jak to fabuła w musicalu nie jest bardzo rozbudowana. Musical trzeba po prostu zobaczyć. Moim zdaniem to najlepszy film oddający klimat tamtych lat. Bardzo dobrze wyreżyserowany. Jeśli chodzi o względy techniczne, nagłośnienie, naświetlenie itd. to na najwyższym poziomie. Co do gry aktorów to już chyba nie muszę mówić. Wspaniała, zwłaszcza Travolty. Genialny taniec i śpiew. Podsumowując, bardzo pozytywny film, opowiadający o szalonych latach 60, muzyce, zachowaniu i wartościach. Lekki, bez dramaturgi i wyimaginowanych emocji, jak to bywa we współczesnym kinie. Bardzo dużo muzyki, świetne stroje. Jeśli porównamy ten film do współczesnych musicali np. High School Musical, to wydaje mi się, że wypadają one blado. Gra aktorów jest słabsza, głosy i poczucie rytmu też. Nie ukazują one lat, w których powstały, w przeciwieństwie do Grease.
Uważam, że jeśli ktoś interesuje się tamtym okresem, to Grease musi się znaleźć w jego wideotece. Po prostu rock'n' roll i przyjaźń, która przetrwa wszystko.
I tak to się jakoś dzieje, że ostatnio moje recenzje są same pozytywne. Może dlatego, że wybieram filmy  które mnie naprawdę interesują i wydają się ciekawe. 


Zwiastun



Summer Night

You are the one that I want


We go together





czwartek, 22 sierpnia 2013

Sex, drugs and rock'n'roll- czyli pełnia lata 80- recenzja( w sumie).

Napisałam, że ten artykuł będzie recenzją, bo właściwie trochę będzie. Będzie recenzją minionych lat. I trochę moimi przemyśleniami. Zastanawiam się ostatnio nad początkiem tego wszystkiego. Początkiem tego co trwa do dziś. Konkretnie chodzi mi o muzykę. I muszę przyznać, że doszłam do na pozór dziwnych wniosków. Moim zdaniem rock( i wszelkie odmiany następujące) zaczął się już gdzieś koło lat 20 XXw. Oczywiście nie bez pośrednio rock, ale cały proces. To tak jak z Michael Jacksonem, przecież to nie on nagrał najnowszą płytę popowego zespołu, ale gdyby nie on, to pewnie tego gatunku mogło by nie być, albo rozwinął by się nie co inaczej. Po prostu chodzi mi o pewne czynniki, które wpłynęły na rozwój rocka. I sądzę, że jest to blues, nie bez pośrednio, ale po zapoznaniu się z szerokim materiałem z lat od 50 do 80, tak mogę stwierdzić. Mam po prostu takie wrażenie, że pewnego dnia lekki jazz, zaczął się przekształcać w blues, a następnie dzięki pokoleniu lat 50 i 60 w rock'n' roll. Wszystko zaczęło się jeszcze przed hipisami, kiedy po Londyńskim Soho grasowali androgyniczni Modsi i wymierający Teddy boys( choć oni w mojej opinii nie mieli takiego wpływu na muzykę). Może były to nawet czasy, kiedy The Beatles nie byli Beatlesami, lecz chłopcami z długimi włosami, ubranymi w skóry. I wtedy się zaczęło, powojenne pokolenie wzięło sprawy w swoje ręce. Było to normalne, każde miał kapele. Nie budziło to takiej sensacji jak dziś( niestety, w tej chwili naświetlam bardziej kraje zagraniczne, bo w Polsce z przyczyn społecznych było to mniej możliwe). Rock'n' roll rozkręcał się coraz bardziej, oczywiście ustąpił trochę miejsca drugiej fali blues'a. Choć już w połowie lat 50. do białej publiczności dotarła uproszczona forma muzyki opartej na bluesie nazwana rock'n'roll. Jej najpopularniejszymi twórcami byli Chuck BerryElvis PresleyJerry Lee Lewis. Modsi pomagali temu wszystkiemu w rozwinięciu skrzydeł. Chętnie opowiadali się za rewolucją seksualną- wyzwoleniem i legalizacją homoseksualizmu. I pewnie tak powstał pierwszy element hasła; Sex, drugs and rock'n' roll. Było faktem, że homoseksualizm, lub później biseksualizm stał się po prostu modny i pomocny w osiągnięciu kariery. Homoseksualiści zaczynali mieć coraz większy wpływ w kręgach artystycznych, choć było wielu takich, którzy tylko udawali swoją seksualność, dzięki czemu powstało wiele niewyjaśnionych do dziś historyjek.  Jeśli chodzi o narkotyki, to raczej brali wszyscy, tylko, że jedni z 'umiarem', a inni doprowadzali do swoje śmierci. Wtedy brało, lub paliło się po to, żeby się bawić, mieć 'odlot', lub tworzyć muzykę. Mam wrażenie, że dzisiaj młodzież bierze, żeby po prostu brać, lub zaimponować znajomym. Rock'n' roll, też zanika. Owszem w pewnych kręgach utrzymuje się nadal, ale wśród 'młodych gwiazd', nie ma już nic z tamtych lat. Najgorsze jest to, że oni próbują być kontrowersyjni, ale czasem mam wrażenie, że trzeba się urodzić w latach 19... żeby naprawdę to czuć. Nie chcę nikogo obrażać, ale jakiś przykład przytoczyć muszę, najnowsza piosenka Miley Cyrus jest kontrowersyjna, ale wydaje mi się, że to nie o to chodzi. Nie o to, żeby wykrzyczeć bluzgi na szkołę, czy rząd, lub pić alkohol
(nawet jak nie jest się pełnoletnim). Kiedyś też działała zasada kontrowersyjności i przyciągania widza, ale wystarczyło, że muzyk puścił w świat plotkę na temat swoje seksualności, a jego piosenki były zamawiane na potęgę. Dziś nikt nie miał by tyle odwagi, żeby tak się zachować i potrafić utrzymać plotkę nienaruszoną przez kilkadziesiąt lat. Drugi przykład; ostatnio widziałam dwa wywiady u Jimmy'ego Kimmel'a. Pierwszy wywiad był ze znaną kontrowersyjną gwiazdą, mająca miliony wyświetleń na YouTube. Przez cały czas, próbowała sprowokować prowadzącego, ale nie wychodziło jej to najlepiej. Drugi wywiad był z Johnym Depp'em. Był spokojny w porównaniu do tamtej dziewczyny. Grzeczny, zabawny, aż w pewnym momencie doszło do tego, że trzy razy pocałował prowadzącego, po czym nadal czuł się swobodnie i żartował...
Słuchałam genialnego albumu 'Slash- Apocalyptic Love'- po mimo, że został nagrany około rok temu, to brzmi jak za czasów dobrego rocka. I naprawdę nie chcę z góry zakładać, że współczesne gwiazdy są gorsze i w ogóle, ale prawda jest taka, że coś w tym jest. Moja dusza została w tamtych czasach i wątpię, żeby kiedykolwiek wróciła, to potęguje też moje uzależnienie gitarowe.


Apocalyptic Love- singiel otwierający płytę.


Chuck Berry- Johny B. Good


David Jones and The King Bees- Liza Jane



Polecam także:


A także: Grease, Dirty Dancing, The Beatles, Pink Floyd, Iggy Pop, Lou Reed, Bob Dylan, Shakin Stevens, Alice Cooper, Muddy Waters, Brian Eno, Aerosmith, Guns n' Roses,
Tak z grubsza...





niedziela, 18 sierpnia 2013

Potwory i spółka i Uniwersytet Potworny- recenzja.

Pełnometrażowy film animowany w reżyserii Pete'a Doctera z 2001 roku wyprodukowany przez wytwórnię Pixar i Disney. W lutym 2013 roku film wrócił ponownie na ekrany kin, jednak w wersji 3D. 5 lipca tego samego roku do kin weszła druga, a właściwie pierwsza część, bo opowiada o wcześniejszych losach potworów- Uniwersytet Potworny. Opowiada o losach Michael'a "Mike" Wazowski'ego  i James'a P. "Sulley" Sullivan'a zanim zostali straszakami. Akcja rozgrywa się głównie na Uniwersytecie Potwornym, gdzie oboje studiują straszologię. Mike od dziecka marzył żeby zostać straszakiem, jest bardzo pilnym uczniem i wierzy, że kiedy wszystko sobie wynotuje i poukłada, na pewno uda mu się osiągnąć cel, czyli zostać straszakiem. Jego współlokatorem na capusie jest Randall Boggs, z początku jeszcze miły i spokojny. Natomiast Sulley jest jego przeciwieństwem. Nie 'wierzy' w naukę, lecz raczej pewnego rodzaju przeznaczenie. Jego ojciec był znanym straszakiem, więc w karierze zdaję się na nazwisko i urok osobisty, choć nie można mu odmówić talentu w straszeniu, czym nie raz się popisuje. Przyszli przyjaciele poznają się w dość zabawny sposób, goniąc świnię, do której sytuacji doprowadza Sullivan. Zaczynają ze sobą rywalizować i pakują się w niezłe kłopoty. Muszą udowodnić, że naprawdę zależy im na studiowaniu straszologi. Podejmują nie lada zadanie i biorą na siebie największe ryzyko. Czy im się uda... sami zobaczcie. Nie obędzie się też bez szalonych imprez organizowanych przez poszczególne bractwa.
Pierwsza cześć filmu, wtedy jeszcze jako małe dziecko, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nauczyłam się każdej scenki na pamięć, wyszukałam wszystkie kulisty nagrań. Muszę przyznać, że druga część, po mimo, że jestem o wiele starsza, zrobiła na mnie równie ogromne znaczenie. Najbardziej podoba mi się gra potworów, bo mam wrażenie, że są to prawdziwi aktorzy. Może to kwestia dobrego sprzętu i całej tej strony technicznej. Każde spojrzenie, mina, czy ruch bohaterów jest na najwyższym poziomie. I tak było w obu częściach. Poza tym wszystko jest dopracowane, także ich teksty, te dłuższe, jak i krótkie scenki. Film ten po prostu zawsze idealnie celował w moją psychikę i poczucie humoru. Podobał i podoba mi się świat tych potworów. Zwłaszcza w pierwszej części, gdzie wieczorem przyjaciele zostają z Boo w fabryce strachu. Pasuje mi ten klimat. Zamknięte na noc szafki, recepcja, cały ten świat. Tak więc uważam, że druga część została równie dobrze nakręcona i wykończona. Podoba mi się też fakt, że nie ma wątku kulminacyjnego  lecz po prostu cała akcja filmu jest intrygująca i wciągająca. W mojej opinii na zawsze zostanie to ulubiona bajka- pierwsza, jak i druga część.Wszystkich, których zachęciłam ( jak mam nadzieję) tą recenzją polecam też zagranie w grę dotyczącą pierwszej części filmu. 
Podsumowując, świetna bajka, bardzo dobrze zrealizowana, z ciekawym zakończeniem pokazującym, że jeśli się naprawdę czegoś pragnie i ma u boku najlepszego przyjaciela, to uniwersytet nagle traci na wadze.

Potwory i Spółka- zwiastun



Uniwersytet Potworny- zwiastun




Potwory i Spółka

Uniwersytet Potworny
Uniwersytet Potworny ( poznanie się przyjaciół)







czwartek, 15 sierpnia 2013

Czy ryba ma dusze?

Pytanie z tych co to nie ma zgodnej i jednomyślnej odpowiedzi. Czy ryba ma dusze. Moim zdaniem ma, jak wszystko, bo dusza to nic innego jak powiązane z sobą elektrony, czy inne wytłumaczalne naukowo pierwiastki. Pytanie jednak tkwi nadal, czy dusza ryby jest na tyle świadoma, że np. wie, że jest zabijana. Pewien profesor od nie wiadomo czego, wypowiedział się w swoim specjalnym artykule na temat ryb, stwierdzając, że ryba nie dość, że nie ma duszy, to nie czuje również bólu. No tak profesor czuł się w temacie jak ryba w wodzie, ale racji nie miał. Wielokrotnie można się przekonać, że ryba ma ból, ponieważ podczas zabijania piszczy, poza tym jest to zaprzeczenie podstawowym prawom logiki i biologi. Skoro ryba ma układ nerwowy to chyba czuje ból, choć może się mylę, bo z biologi to jestem beznadziejna. Wątpliwości mają także wegetarianie. Jedni stanowczo omijają ryby w swojej diecie, inni jedzą twierdząc chyba, że ryba to roślina, a nie mięso. Muszę przyznać, że sama jem ryby, choć jestem wegetarianką. Czemu? Może ulegam presji otoczenia, lubię ryby i zdaje sobie sprawę z tego, że są bardzo zdrowe. Jednak jeśli już jem rybę, to zawsze z takich hodowli, z których mam większą pewność, że nie były one katowane. Nie mogę nigdy znieść faktu i widoku karpi uwięzionych w wodnych wanienkach i czekających na wymarzone święta Bożego Narodzenia. Serca pęka. Te ryby strasznie się męczą i to wpływa także na nie same, i to, że nie będą tak zdrowe, jak by były w normalnych warunkach. Nie widziałam jeszcze, żeby jakiś ssak znęcał się nad innym stworzeniem, jeśli musi to zabija i je. Człowiek nie dość, że nie musi, to jeszcze doprowadza do niemalże jakiegoś okrutnego, uboju rytualnego. No cóż, jednak przełykam tą wypowiedź stojąc w kolejce za panią z żywym wciąż karpiem i nie wykrzykuje jej w twarz; 'Ty morderco'.  
Tak więc sprzeczności co do tematu rybiej duszy jest wiele. Z tego co wiem, to niestety w Bałtyku jest coraz mniej ryb. Mam nadzieję, że się to zmieni, dzięki wielu akcją wspierającym zwierzęta, z różnych szerokości geograficznych. Wiec, jeśli ryba czuje ból, to ma na tyle rozwiniętą świadomość, że wie co się dzieje? Tak więc, żeby rozwiązać problem, czy ryba ma duszę, czy też nie, musiałabym chyba stać się rybą na parę dni, a może sama ryba też tego nie wie.

Lub


 Sami wybierzcie...

sobota, 10 sierpnia 2013

'Jeździec znikąd'- recenzja.

Jeździec znikąd to najnowszy film w reżyserii Gore Verbinskiego. Tytuł oryginału brzmi The Lone Ranger. Film trwa 2 godziny i 29 minut. Wyprodukowany przez Walt Disney Pictures w USA. Jest to film przygodowy . Główną rolę gra Johny Depp- Tonto Indianin wywodzący się z plemienia Komanczów. Pewnego dnia odnajduje 7 martwych ciał, które chce pogrzebać zgodnie ze swoją tradycją. Jednak koń zwany jako"łowca duchów" w pewien sposób przywraca jednego ze świata zmarłych.( jak twierdzi Tonto). Jest to stróż prawa John Reid (Armie Hammer), który tak jak jego towarzysze zginął zabity z rąk bandytów. Tonto wykopał siedem grobów, a do kanionu wjechało ośmiu.Gdzie jeden z towarzyszy?Czy okazał się zdrajcą? Reid pragnie pomścić śmierć swoich towarzyszy(w tym brata).Wraz z tajemniczym Indianinem wyruszają po sprawiedliwość.Film nie obył by się bez ról kobiecych. Ruth Wilson jako Rebecca Reid- żona jednego ze stróży prawa. Opiekuńcza matka, Dana Reida(Bryant Prince), mieszkająca w pobliskiej wiosce. Jest ciekawą bohaterką, troskliwą i wrażliwą, lecz w obronie własnej i swoich najbliższych nie zawaha się sięgnąć po broń. Interesująca jest także postać grana przez Helene Bonham Carter-Red Harrington. Właścicielka objazdowej trupy, kobieta, potrafiąca uwieźć każdego mężczyznę  a na końcu wykorzystać do własnych celów. Jednak jest pozytywną postacią.Wraz z głównymi bohaterami przyczynia się do załapania szajki bandytów, przez których zamiast nogi ma protezę z kości słoniowej(co nie raz wykorzystuje).
Szczerze mówiąc byłam sceptycznie nastawiona do tego filmu. Obawiałam się jak Gore poradzi sobie z westernem, po tym jak nie zachwycił mnie filmem 'Piraci z Karaibów . Film nie był zły, był po prostu zwyczajny, po mimo doborowej obsady. Widziałam wiele komentarzy, że Jeździec z znikąd to kontynuacja morskich podbojów  tyle, że na lądzie. Nie zgodzę się z tym całkowicie  ponieważ film ten był genialny, a piraci mu w niczym nie dorównują  Sam fakt, że film nie został nakręcony w studio, lecz w plenerze jest zachęcający  Wiele kadrów z filmu nadaje się na egzotyczne fotografie np. samotny jeździec pędzący na koniu pośrodku stepów. Kolejnym powodem, dla którego film ten musi się znaleźć w filmotece każdego kinomana to gra aktorów. Tutaj miała kolejną obawę, że Armie zginie w cieniu Deppa. Na szczęście tak się nie stało. Jak dla mnie Johny i tak jest najlepszy, bo to mój ulubiony aktor( jak również Helena), jednak jego towarzysz nie ma się czego powstydzić. Ostatnia z przyczyn pokochania filmu to oczywiście brawurowe sceny gonitwy po pociągach. W wielu momentach naprawdę można mieć mokre ręce ze zdenerwowania, czy bohater przeskoczy na drugi wagon, czy spadnie w przepaść. Nie można również zapomnieć śmiesznych scenek, które na długo zostają w głowie, oraz magii szaman jaką jesteśmy otoczenie podczas podróży na prawdziwie dobry western.

 
Zwiastun










wtorek, 6 sierpnia 2013

Pomóżcie! Mam zdjęcie na konkursie WWF. :) Wszystko zależy od Was!

Konkurs fotograficzny WWF -link

Klikajcie link i głosujcie na moje zdjęcie na stronie WWF. To dla mnie bardzo ważne. Liczę na waszą pomoc. Mam nadzieje, że moja fotografia Wam się spodoba. Bierze ona udział w konkursie fotograficznym organizowanym przez WWF. Tematem przewodnim są wszelakie wody.
Z góry dzięki :)

sobota, 3 sierpnia 2013

Czy wierzyć w horoskopy? Czy szaman ma odlot?

Z horoskopami, jak ze wszystkim, zdania podzielone. Wierzyć, czy nie. Niby nikt nie wierzy, ale jak się przeczyta o wielkiej wygranej, to już co innego. Nie mogę zaprzeczyć, że czasem nie zajrzę na portal informacyjny i nie kliknę horoskopu, ale raczej w to nie wierzę. Dla mnie takie horoskopy są jak alkohol bez akcyzy, niby wszystko dobre, ale jednak... Po prostu nie lubię takich wróżb z niesprawdzonych źródeł. Może i gwiazdy mają znaczenie i wywołują jakieś zachowania wśród ludzi, ale czasem wydaję mi się, że internetowe porady są wyssane z ręki. Najbardziej denerwuje mnie odpłatny horoskop, czy wróżby telewizyjne( choć nie mam telewizji ;). Ktoś w to jednak wierzy i wysyła sms do wróżbity, bo jakoś się te programy utrzymują, ale dla mnie to jedna wielka bujda. Jak więc podejść do kwestii szamana? Czy szaman ma odloty paląc te swoje zioła? Powstaje zatem pytanie, czy on majaczy na haju, czy ma kontakt ze światem pozaziemskim. Wiele ludzi twierdzi, że szamani im pomagają i z tym się zgodzę. Zioła, które przepisują, czy kadzidła, którymi nas okadzają mogą mieć właściwości lecznicze, bo są to naturalne specyfiki. Ale jak tu takiego szamana spotkać. Może ukrywa się gdzieś w mieście tylko trzeba go odnaleźć. Jestem w stanie uwierzyć szamanowi bardziej niż miejskiej wróżce. Bo być szamanem, to coś znaczy. Ojciec szamana siedział w tej branży, dziadek, pradziadek itd. Jest jakieś doświadczenie pokoleniowe. Poza tym może szaman naprawdę ma jakieś sekretne metody na wróżenie itp. Jednak jeśli ktoś chce w łatwiejszy sposób rozwiązać problem bolącego brzucha, głowy, czy serca, to są metody łatwiej dostępne w mieście. Np. zioła, które znajdziecie w aptece, mięta, melisa, rumianek, pokrzywa i szałwia. Każde z nich jest zdrowe. Do tego zielona, czarna lub czerwona herbata i można się poczuć niczym na tybetańskich wzgórzach. Także wiele kamieni ma właściwości lecznicze, o czym nie raz się przekonałam. Wiem, że dla niektórych to dziwne wierzenie w takie rzeczy zamiast po prostu wziąć APAP na ból nogi, ale może warto spróbować. Do tego trochę autosugestii i może się udać.Przecież kamienie to jakieś minerały, więc dlaczego miałyby nie zawierać leczniczy właściwości. Podobno ludzie, którzy mało jedzą, a wręcz zaznali głodu np. podczas wojny, żyją dłużej. Wiadomo, że nie można przesadzać i się głodzić, ale jak mniej jemy, to organizm zaczyna spalać toksyny, a to się odbija na naszym zdrowiu. Także joga i medytacja potrafią przynosić zaskakujące rezultaty w medycynie. Tak więc od horoskopu przeszłam do tematu jedzenia, ale to ma wiele powiązań moim zdaniem, ponieważ nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego jak bez używania leków i specjalnych preparatów, a jedynie za pomocą ziół, natury i szczypty magii możemy ulepszać nasze życie.


Na tej stronie znajdziecie właściwości kamieni: http://www.chicochica.pl/CMS-7.html?aid=28

szaman

herbata tybetańska z masłem